Dlaczego PiS wygrywa, a opozycja jest w tyle?

Mądrość społeczna do tej pory nas nie zawodziła. Polacy ulegli jednak sile perswazji populistów i są ich rządami oczarowani. Co takiego robi rządząca partia, że cieszy się niesłabnącym poparciem elektoratu?

My, opozycja, popełniamy błąd diagnostyczny, ponieważ deklaracje i działania władzy PiS interpretujemy obiektywnie, nie podejmując wysiłku zobaczenia polityki Kaczyńskiego z punktu widzenia wyborcy PiS. Nie oglądamy TVP, nad którą pełną kontrolę przejęła partia, zaś analizując przemówienia rządzących i ich przedsięwzięcia udaje się nam zdemaskować ukryte intencje. Przykładowo, utrwalanie czy też cementowanie władzy. Tymczasem z perspektywy nadchodzącej kampanii wyborczej istotna jest konkretna odpowiedź na pytanie, co takiego w projekcie Kaczyńskiego tak bardzo się Polakom podoba. Abstrahując od związków przyczynowo-skutkowych i przewidywalnych skutków ekonomicznych, społecznych i kulturowych.

Za materiał do analizy niech posłuży mini ulotka, której zdjęcie tu zamieszczam, a którą ktoś wrzuca do skrzynek pocztowych na warszawskim Mokotowie. Ponieważ jest to materiał badawczy, powstrzymajmy się przed ocenami typu: „co za idiotyzmy!”, tylko spójrzmy na tę propagandę chłodnym okiem. Przypominam, że naszym celem ma być eksperymentalne wcielenie się w elektorat PiS-u, eksperymentalne, a więc nie po to, by ulec propagandzie Kaczyńskiego, ale by potrafić zrozumieć motywy głosujących na PiS w kolejnych wyborach.

Ulotka ma treść następującą:
„Gdyby wygrała Koalicja PO, to:
– Wróci 67 lat do emerytury
– Zabiorą 500+ i inne świadczenia
– Zniszczą Kościół
– Szkolone będą seksualnie małe dzieci
– Wyprzedaż i pryw. majątku narodowego
– W UE Niemcy i Francja upokorzą Polskę”

Powierzchowny ogląd ulotki pozwala stwierdzić, że ma ona charakter awersyjny, a więc ostrzegawczy. Ma uświadomić czytelnikowi, że wygrana opozycji zniweczy „dokonania dobrej zmiany”. Autor ulotki skoncentrował się na sześciu punktach, które układają się w zgrabną całość propagandową w trzech zasadniczych nurtach ideowych, po parze przypadającej na każdy z nich. Dwa pierwsze odnoszą się do zagadnień socjalnych, a więc świadczeń ze słynnym plusem oraz obniżenia wieku emerytalnego. Dwa środkowe podejmują zagadnienia obyczajowo-światopoglądowe, dwa ostatnie – są skierowane do ukrytej w zakamarkach polskiej duszy nacjonalistycznej tęsknoty i do ksenofobii.

W ulotce odzwierciedlona została zatem hierarchia postulatów ideowych partii. Najważniejsze są adresowane do obywatelskich postaw roszczeniowych względem państwa opiekuńczego. PiS finansuje transfery socjalne i Polacy to doceniają. Władza wykorzystuje budżet dla podniesienia dobrobytu społecznego, dając pieniądze do ręki. Tu nie rozważamy, jakie są i jakie będą dalsze konsekwencje tego rozdawnictwa, że 100 mld złotych to jednak niebagatelna suma, i że wskaźnik urodzeń nie drgnął, oraz że nie powstrzymano wzrostu ubóstwa w skali kraju. Rozważamy jedynie skuteczność partyjne propagandy. Obywatele bowiem zakładają, że skoro władza rozdaje pieniądze, to wie, co robi, to oznacza, że stać ją na programy socjalne, na świadczenia dla ludności i na obniżenie wieku emerytalnego (nie trzeba tłumaczyć, że przybywa emerytów, którym trzeba płacić emerytury).

Post factum dowiadujemy się, że poprzednie rządy (dwie kadencje PO) także wdrażały rozmaite programy socjalne, tyle że bez przytupu, nie tak spektakularnie, raczej wstydliwie i bezgłośnie, więc straciły okazję do propagandowego nagłośnienia tego stanu rzeczy. Do wykorzystania w autoprezentacji. W kampanii. Rzecz jasna, nie były to transfery tak horrendalne i nieodpowiedzialne. PiS dba o dwie największe grupy wyborców, a właściwie o bezwzględną ich większość: znakomita przewaga obywateli ma potomstwo (lub wnuki) i będzie (lub już jest, bo społeczeństwo się starzeje) na emeryturze.

Z tego typu argumentacją w ogóle nie sposób polemizować. Wszelkie wątpliwości co do sensu i konsekwencji świadczeń socjalnych mają charakter awersyjny i są propagandowo przeciwskuteczne. To ekonomiści w zaciszu gabinetów mają sobie rwać włosy na głowie, co zrobić z rozhuśtanymi aspiracjami i postawami roszczeniowymi społeczeństwa. By wygrać zaś z populistami i odebrać im władzę, jedyne, co należy zrobić, to po prostu wejść w ich buty i brnąć w transfery socjalne. Lider opozycji, Grzegorz Schetyna, dobrze to zrozumiał, więc wycofał się z projektu podniesienia wieku emerytalnego, a także zadeklarował podtrzymanie świadczeń w wypadku przejęcia władzy.

Społeczeństwo bowiem, któremu władza rozdaje pieniądze odrzuci każdą inną propozycję, bo jest to logiczne z punktu widzenia jednostki. Trudno głosować na kogoś, kto powie: „ja wam zabiorę to, co oni dali”. Nikt nie będzie słuchał wyjaśniania, dlaczego („bo to nas wpędzi w kłopoty ekonomiczne, w bankructwo, zapaść finansową, dziurę budżetową i krach”). Obserwujemy wzrost inflacji, ale przeciętny obywatel nie dostrzega związku między działalnością państwa a drożyzną w sklepach. PiS wykorzystał świetną koniunkturę gospodarczą i znakomity stan finansów publicznych pozostawiony przez PO, by te zasoby rozdać. Obywatele w zamian poczuwają się do lojalności i deklarują poparcie dla PiS.

Powróćmy jednak do analizy ulotki. Otóż, dwa środkowe punkty odnoszą się do tzw. „wojny kulturowej”, a więc podsycanego przez PiS i kościół podziału światopoglądowego społeczeństwa na dwa zwaśnione plemiona: modernistów i tradycjonalistów. W każdym z nas takie tendencje się z sobą zmagają: chcemy zmieniać świat i jednocześnie nie chcemy, rzecz w tym, żeby wiedzieć, co chcemy zmieniać. Sedno tkwi w ocenie, co jest złe i należałoby zmienić, a co dobre i należy kultywować.

Lojalność wobec instytucji kościoła wiąże się z konserwatyzmem Polaków i wynika z tradycji obrony kościoła przed ideologią komunistyczną, a także z tradycji podtrzymywania polskości poprzez wiarę podczas stulecia zaborów. Deklaratywnie lojalność ta jest niezachwiana, choć faktycznie obserwuje się od lat malejące zainteresowanie praktykami religijnymi w skali kraju. Jednak wezwanie do obrony kościoła przed domniemanymi atakami może ten proces odwrócić, a przynajmniej skłonić wyborców do głosowania na tę partię, która deklaruje taką obronę. Tu chodzi o gest symboliczny. Nie rozpatrujemy tu w ogóle, czy za komuny kościół był faktycznie w Polsce prześladowany w takim stopniu, jak to się przedstawia. Rzecz dotyczy jedynie ogólnej percepcji społecznej w zakresie historycznej roli kościoła w budowaniu państwowości i tożsamości narodowej Polaków.

Kościół jest nietykalny i jest tematem tabu dla większości wyborców, przynajmniej w sferze publicznej. To ważne zastrzeżenie, że w publicznej, ponieważ jak się zdaje ten szacunek wobec instytucji kościoła wynika bardziej z konformizmu i hipokryzji, niż z faktycznych przekonań. Niemniej, jest to statystycznie podstawa społecznej hierarchii autorytetów w Polsce. Dlatego otwarta krytyka kościoła, oczywiście uzasadniona, mobilizuje wyborców do obrony. Nie ma żadnego znaczenia, czy krytyka jest uzasadniona. Kościół przez wyborców traktowany jest jak fenomen sam w sobie, nie zaś zbiór jednostek duchownych go reprezentujących. Nie ma znaczenia, który duchowny co powiedział, lub jakiego czynu się dopuścił. Kościół stanowi symbol, który dogłębnie przenika życie prywatne Polaków: w piątek jada się rybę, a w niedzielę chodzi do kościoła. Dzieci idą do komunii, młodzi pobierają się na ślubnym kobiercu. Pokropki, opłatki, kolęda, tacowe, katecheza, ostatnie namaszczenie. To są oczywistości oparte na odruchach nieomal bezwarunkowych…

Jeśli chodzi o argument – zagrożenie, że w razie wygranej PO „szkolone będą seksualnie małe dzieci” (sic!), to również dotyka się tu kulturowo-obyczajowego tabu Polaków, i także – jak w wypadku kościoła – opartego na oportunizmie oraz dwulicowości. Polacy statystycznie popierają protest środowisk konserwatywnych przeciwko ratyfikacji konwencji o zwalczaniu przemocy domowej. Problem przemocy domowej bowiem nie istnieje w przekonaniu obywateli, dopóki nie jest podnoszony. Dopiero jego nagłośnienie ma jakoby ową przemoc wywoływać. Wiadomo, że sąsiedzi nie reagują na krzyki bitych za ścianą, bo stanowczo przedkładają dobrosąsiedzkie stosunki nad walkę z przemocą domową. Ponad tym rozpościerają się jednak kolejne tabu – tabu seksualne i tabu wykorzystywania dzieci. Tabu seksualne jest zrozumiałe, bo wynika z pruderii: o seksie nie należy mówić głośno, bo to wstyd. Wykorzystywanie zaś dzieci jest tajemnicą Poliszynela: dzieci w społeczeństwie są przedmiotem emocjonalnych nadużyć, są maltretowane. Nie są traktowane – jak byśmy powiedzieli żargonem filozoficznym – podmiotowo.

Dzieci, podobnie jak kościół, w społecznym przekonaniu istnieją jako fenomen wyobrażony i wyidealizowany, jako symbol niewinności, który nie może usłyszeć słowa „seks”, gdyż wówczas zostanie bezpowrotnie skalany i zepsuty. Jednocześnie, konkretne dzieci służą jako worki treningowe lub dorobek (przychówek) do pochwalenia się przed otoczeniem. Deklaratywnie Polacy otaczają dzieci czcią niemal jak Dzieciątko Jezus, z tym że w praktyce owa postawa stanowczo rozmija się z rzeczywistością. Dzieci nie wolno uświadamiać, bo może to prowadzić do wykolejenia. Najlepiej w ogóle pozostawić sprawy samym sobie. Lęk przed wypowiedzeniem nieuświadomionego jest niezmiernie silny, słowo ma moc destrukcyjną, zdaniem wyborców. Dlatego najlepiej, jeśli dzieci skupią się na nauce modlitw i prawd wiary, bo to je uszlachetni, niż miałyby przedwcześnie dowiadywać się o tym, co stanowi domenę dorosłych, co wzbudzić może niezdrową ich ciekawość i powieźć na manowce. Zresztą, niby dlaczego dzieci miałyby być mądrzejsze od rodziców?

Tu w sukurs idzie takiemu stylowi myślenia i przekonań widok Parad Równości – dla nas barwny happening, dla osób nie do końca przekonanych o potrzebie zmiany świata obraz budzący powszechne zgorszenie. Jeśli ksiądz dopuszcza się pedofilii, to czyni to w skrytości kruchty, konfesjonału lub plebanii, poza wzrokiem osób postronnych. Po pierwsze zatem dba o to, by nie gorszyć, a po wtóre też o to, by pozostać bezkarnym, bo dowód nadużycia opiera się na zeznaniach ofiary, więc tak do końca nic nie wiadomo… Podczas Parad zaś ludzie manifestują swoją orientację, preferencje i tożsamość jawnie i spektakularnie, mimo że z teologicznej perspektywy to grzech…

Eksponowanie praw osób LGBT, i dążenia do równouprawnienia oraz walki z dyskryminacją, wyborcy traktują jako zamach na własne wolności i dowód wykolejenia polityków. Wyborcy chcą czuć się lepsi od tamtych, mało tego, postulaty tego rodzaju traktują jako zagrożenie: to oni będą wykluczeni, tak jak teraz LGBT, w razie dojścia do władzy opozycji. Albo jedni, albo drudzy, nigdy razem. Nie potrafią i nie chcą zrozumieć, że można wszystkich traktować jednakowo. Ktoś zawsze musi zostać poszkodowany. Dla polityków opozycji to trudny orzech do zgryzienia, gdyż nie podejmując kwestii równościowych (kobiecych, niepełnosprawnych, LGBT) odwracają się od swojego elektoratu, tymczasem podejmując – zniechęcają do siebie pozostałych… Tu ważna jest delikatność i wyważenie proporcji, bo przecież na tym polega polityka.

Zajmijmy się teraz dwoma ostatnimi punktami naszej ulotki, to jest tymi, które odwołują się do polskich tendencji nacjonalistycznych. Zachłyśnięcie się własną plemiennością, nacjonalizm jest chorobą wieku dziecięcego demokracji. Polacy właśnie przez tę chorobę przechodzą. Dwudziestolecie międzywojenne także obfitowało w tego typu akcenty. Po przełomie ’89 nie dano się Polakom odpowiednio w tej mierze wyszumieć, komuna mimo ideologicznego internacjonalizmu schlebiała tendencjom narodowym w Polsce.

Cóż to jest ów majątek narodowy, który jakoby zostanie wyprzedany w razie dojścia liberałów do władzy, którego nie zdołali wyprzedać do tej pory? To są Lasy Państwowe i majątek kościelny, który jest traktowany równoważnie z narodowym, co w przeliczeniu na powierzchnię stanowi znaczącą większość powierzchni naszej ojczyzny. PiS wprowadził ponadto specjalną ustawę o obrocie ziemią rolną, która w założeniu miała uniemożliwić wyprzedaż ziemi zagranicy, a w praktyce uniemożliwiła handel ziemią właścicielom wiejskim. Są jeszcze spółki skarbu państwa, kopalnie węgla kamiennego, huty, stocznie. Były PGR-y, za którymi nostalgia nie przemija. Oto mityczny majątek narodowy, którego nikt nie sprzedał do tej pory i nie sprzeda nawet nie tyle z powodu chęci, ile z braku potencjalnych nabywców, z braku popytu…

Prywatyzacja miała miejsce w początkowym okresie transformacji, teraz przebiega niemrawo, lecz poczucie krzywdy z powodu sprzedania Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu jest nieprzemijające. 16 sierpnia 1995 roku podpisany został list intencyjny pomiędzy Ministerstwem Przemysłu i Handlu a koncernem Daewoo w sprawie udziału konsorcjum w prywatyzacji FSO w Warszawie. Dziś Polska nie produkuje aut narodowej marki.

Pozostała fobia wyprzedaży „rodowych sreber”. Polacy są utwierdzani przez środowiska narodowe w przekonaniu, że kraj po komunie odziedziczył wielki majątek, który dostaje się w obce ręce i tylko przez brak czasu jeszcze nie został całkowicie przehandlowany. Teraz PiS stawia jakoby tamę dalszej prywatyzacji i gwarantuje, że nikt nie wykupi polskiej ziemi. Zamiast tego proponuje uwłaszczenie się obywatelom. Władza obiecuje działkowiczom skupionym w Państwowych Ogródkach Działkowych możliwość wykupu działek na własność. Wydaje się, że z problemem prywatyzacji wiąże się również zachęta dla zagranicznego kapitału do inwestowania w Polsce, ale ta kwestia została poniechana przez obecnie rządzących. Kolejną kwestią polityczną jest reprywatyzacja i brak odpowiedniej ustawy, która by regulowała zadawnione nieprawidłowości bierutowskie.

Statystyczny Polak nie wie, co oznacza w praktyce gospodarczej prywatyzacja i jakie niesie korzyści, natomiast ma wpojoną fobię przed prywatyzacją i traumę ryzykownych poczynań w tym zakresie z przeszłości. Nie patrzy na to zjawiska z punktu widzenia opłacalności, tylko przez pryzmat mitów i legend, jakie natrętną propagandą wtłoczyli nam do głów narodowcy. Tu dla opozycji jest wielkie pole do popisu w dziedzinie edukacyjnej.

Ostatni punkt analizowanej ulotki odnosi się do ksenofobii i megalomanii: „w UE Niemcy i Francja upokorzą Polskę”. To nic, że Polska, a raczej państwo polskie, właśnie teraz, za rządów PiS, nieudolnych zwłaszcza na arenie międzynarodowej, jest upokarzana. To nie ma znaczenia, gdyż ważne jest jedynie, choć niechronologicznie, że w ogóle może być upokarzana. Oto Beata Szydło nie może objąć żadnego stanowiska w Unii, ona, którą Polacy wręcz uwielbiają. O czym to świadczy? O złych intencjach zagranicy, szczególnie tych najsilniejszych, a więc Francji i Niemiec. Niemiec – w powszechnym mniemaniu Polaków, o co postarał się Kaczyński – odwiecznego obok Rosji wroga Polski. Polsce, jako krajowi rządzonemu przez nieobliczalnych populistów, przykręcony ma zostać kurek dotacji, i to nie tylko na modernizacje proekologiczne.

Nie ma zatem znaczenia, że to właśnie teraz rządzący na własne życzenie są przez Europę upokarzani za swoją butę, arogancję, ale nade wszystko za nieudolność i przekręty, ważne, że przepowiednia o upokarzaniu się sprawdza. Straszak w postaci domniemanego upokarzania w wypadku wygranej przez Koalicję PO, choć absurdalny i irracjonalny, z pewnością działa. Wprawdzie jest całkiem nielogiczny wobec argumentu, że to PO dogaduje się z Europą, i sprzeczny z nim, jednakże musimy mieć świadomość, że to argument emocjonalny, a więc nie odwołujący się ani do logiki, ani nawet do zdrowego rozsądku.

Jest to argument demagogiczny, który Polakom każe się usytuować w hierarchii państw (krajów) na stosownym poziomie – wyższości lub niższości, nigdy na równi i po partnersku, upokarzania innych lub byciu upokarzanym, w żadnym razie jako uczestnika racjonalnych negocjacji.

Co się w ulotce nie znalazło? Brakuje tam hasła „wymiany elit”, lecz trzeba pamiętać, że ulotka trafia do wyborców na Mokotowie, czyli jednej z głównych dzielnic stolicy, a więc do potencjalnych elit. Wymiana elit tkwi w ulotce między wierszami: włącz się w nasz projekt, a będziesz stanowić nową elitę, zostaniesz doceniony, a przynajmniej nie zostaniesz poddany wymianie. Wyborcy są przekonani co do konieczności poddania wielkich korporacji zawodowych, takich jak sędziowska, lekarska, nauczycielska, etc. – większej i zmasowanej kontroli. Oczywiście, kontroli społecznej a nie państwowej, jak proponuje PiS, lecz elektorat tego nie rozróżnia. Wmówiono bowiem wyborcom, że to państwa w państwie, które żyją ponad stan kosztem przeciętnego Kowalskiego. Czas zatem powyrzucać dotychczasowych beneficjentów i zastąpić ich nowymi, z ludu. Czy naprawdę trzeba być wysokiej miary specjalistą, aby siedzieć w czarnej todze, walić młotkiem jak na filmach i ferować wyroki: „winien – niewinien”? Prawda zawsze wszak leży pośrodku i wystarczy wybrać jeden z wariantów…

W ulotce nie ma też ani słowa o ośmiorniczkach, czy też zegarku Sławomira Nowaka, choć przecież mogłoby się tam znaleźć zdanie o tym, że w razie powrotu PO do władzy znów będziemy mieć do czynienia z korupcją… Dlaczego w takim razie nie ma tam nic o walce PiS z aferami? Oczywiście, ogrom wielomilionowych przekrętów (ostatnia z Kuchcińskim i jego odlotami, ale były też inne, np. Srebrna, etc.), z którymi mamy do czynienia teraz za panowania Kaczyńskiego mógłby wyborców zatrważać, lecz tak się nie dzieje. Elektorat pozostaje lojalny w imię hasła: „Owszem, kradną, ale z nami się dzielą”. I w ten sposób kółko się zamyka.

Rating: 5.0/5. From 1 vote.
Please wait...

Facebook Comments