Popieram Zielonych

Oto dlaczego zdecydowałem się poprzeć partię Zielonych w nadchodzących wyborach parlamentarnych.

Popieram Zielonych, bo:
– Wisła prawie wyschła, a z kranu na warszawskim Mokotowie leci mi żółta woda;
– znam liderów: Małgorzatę Tracz i Marka Kossakowskiego, darzę ich sympatią, szacunkiem oraz zaufaniem;
– program Zielonych bardzo podoba się młodzieży, więc jest szansa na obywatelską ich aktywizację;
– Zieloni są w Koalicji, a więc nie będzie to w żadnym razie głos zmarnowany;
– są partią międzynarodową, mają oddziały w Unii Europejskiej i na świecie;
– wystawiają kompetentnych zaangażowanych kandydatów – ekspertów, np. Tomasza Aniśko, Mirosławę Stępień, Arka Gmurczyka, czy wspomnianą Małgorzatę Tracz;
– Marek Kossakowski podkreśla przy każdej okazji, że postulaty Zielonych w zakresie ekologii są równoważne z przywróceniem w Polsce zasad demokracji i państwa prawa;
– Zieloni są ugrupowaniem lewicowym, a jednak – podobnie jak Inicjatywa Polska – potrafili się dogadać z innymi opozycyjnymi ugrupowaniami prodemokratycznymi w ramach Koalicji;
– dogadali się nie tylko w sprawie list wyborczych, ale i programu: najważniejsze postulaty Zielonych przyjęła Koalicja jako wspólne!;
– w pełni identyfikuję się z programem Zielonych, a nawet jeśli mam wątpliwości co do pewnych szczegółowych rozwiązań, wiem, że mogę liczyć na debatę programową;
– Marek Kossakowski jest z nami wszędzie od czterech lat na ulicy; z nami, tj. z opozycją chodnikową, na wszelkich możliwych protestach; to imponujące!;
– Zieloni mają niesłychany potencjał, w Niemczech stanowią liczącą się siłę; jestem przekonany, że już niebawem podobnie będzie w polskim parlamencie;
– Polacy muszą zacząć dbać o swoje zdrowie, zwłaszcza o polepszenie jakości powietrza, którym wszyscy oddychamy niezależnie od poglądów;
– PiS z wielką furią krytykuje ekologów, w tym partię Zielonych, zarzucając im sprzeniewierzanie się Biblii, co ostatnio kłamliwie wytknął wiceminister środowiska;
– Zieloni są naszą wielką szansą!

Plakat: Fanpage Zielonych

Dlaczego PiS wygrywa, a opozycja jest w tyle?

Mądrość społeczna do tej pory nas nie zawodziła. Polacy ulegli jednak sile perswazji populistów i są ich rządami oczarowani. Co takiego robi rządząca partia, że cieszy się niesłabnącym poparciem elektoratu?

My, opozycja, popełniamy błąd diagnostyczny, ponieważ deklaracje i działania władzy PiS interpretujemy obiektywnie, nie podejmując wysiłku zobaczenia polityki Kaczyńskiego z punktu widzenia wyborcy PiS. Nie oglądamy TVP, nad którą pełną kontrolę przejęła partia, zaś analizując przemówienia rządzących i ich przedsięwzięcia udaje się nam zdemaskować ukryte intencje. Przykładowo, utrwalanie czy też cementowanie władzy. Tymczasem z perspektywy nadchodzącej kampanii wyborczej istotna jest konkretna odpowiedź na pytanie, co takiego w projekcie Kaczyńskiego tak bardzo się Polakom podoba. Abstrahując od związków przyczynowo-skutkowych i przewidywalnych skutków ekonomicznych, społecznych i kulturowych.

Za materiał do analizy niech posłuży mini ulotka, której zdjęcie tu zamieszczam, a którą ktoś wrzuca do skrzynek pocztowych na warszawskim Mokotowie. Ponieważ jest to materiał badawczy, powstrzymajmy się przed ocenami typu: „co za idiotyzmy!”, tylko spójrzmy na tę propagandę chłodnym okiem. Przypominam, że naszym celem ma być eksperymentalne wcielenie się w elektorat PiS-u, eksperymentalne, a więc nie po to, by ulec propagandzie Kaczyńskiego, ale by potrafić zrozumieć motywy głosujących na PiS w kolejnych wyborach.

Ulotka ma treść następującą:
„Gdyby wygrała Koalicja PO, to:
– Wróci 67 lat do emerytury
– Zabiorą 500+ i inne świadczenia
– Zniszczą Kościół
– Szkolone będą seksualnie małe dzieci
– Wyprzedaż i pryw. majątku narodowego
– W UE Niemcy i Francja upokorzą Polskę”

Powierzchowny ogląd ulotki pozwala stwierdzić, że ma ona charakter awersyjny, a więc ostrzegawczy. Ma uświadomić czytelnikowi, że wygrana opozycji zniweczy „dokonania dobrej zmiany”. Autor ulotki skoncentrował się na sześciu punktach, które układają się w zgrabną całość propagandową w trzech zasadniczych nurtach ideowych, po parze przypadającej na każdy z nich. Dwa pierwsze odnoszą się do zagadnień socjalnych, a więc świadczeń ze słynnym plusem oraz obniżenia wieku emerytalnego. Dwa środkowe podejmują zagadnienia obyczajowo-światopoglądowe, dwa ostatnie – są skierowane do ukrytej w zakamarkach polskiej duszy nacjonalistycznej tęsknoty i do ksenofobii.

W ulotce odzwierciedlona została zatem hierarchia postulatów ideowych partii. Najważniejsze są adresowane do obywatelskich postaw roszczeniowych względem państwa opiekuńczego. PiS finansuje transfery socjalne i Polacy to doceniają. Władza wykorzystuje budżet dla podniesienia dobrobytu społecznego, dając pieniądze do ręki. Tu nie rozważamy, jakie są i jakie będą dalsze konsekwencje tego rozdawnictwa, że 100 mld złotych to jednak niebagatelna suma, i że wskaźnik urodzeń nie drgnął, oraz że nie powstrzymano wzrostu ubóstwa w skali kraju. Rozważamy jedynie skuteczność partyjne propagandy. Obywatele bowiem zakładają, że skoro władza rozdaje pieniądze, to wie, co robi, to oznacza, że stać ją na programy socjalne, na świadczenia dla ludności i na obniżenie wieku emerytalnego (nie trzeba tłumaczyć, że przybywa emerytów, którym trzeba płacić emerytury).

Post factum dowiadujemy się, że poprzednie rządy (dwie kadencje PO) także wdrażały rozmaite programy socjalne, tyle że bez przytupu, nie tak spektakularnie, raczej wstydliwie i bezgłośnie, więc straciły okazję do propagandowego nagłośnienia tego stanu rzeczy. Do wykorzystania w autoprezentacji. W kampanii. Rzecz jasna, nie były to transfery tak horrendalne i nieodpowiedzialne. PiS dba o dwie największe grupy wyborców, a właściwie o bezwzględną ich większość: znakomita przewaga obywateli ma potomstwo (lub wnuki) i będzie (lub już jest, bo społeczeństwo się starzeje) na emeryturze.

Z tego typu argumentacją w ogóle nie sposób polemizować. Wszelkie wątpliwości co do sensu i konsekwencji świadczeń socjalnych mają charakter awersyjny i są propagandowo przeciwskuteczne. To ekonomiści w zaciszu gabinetów mają sobie rwać włosy na głowie, co zrobić z rozhuśtanymi aspiracjami i postawami roszczeniowymi społeczeństwa. By wygrać zaś z populistami i odebrać im władzę, jedyne, co należy zrobić, to po prostu wejść w ich buty i brnąć w transfery socjalne. Lider opozycji, Grzegorz Schetyna, dobrze to zrozumiał, więc wycofał się z projektu podniesienia wieku emerytalnego, a także zadeklarował podtrzymanie świadczeń w wypadku przejęcia władzy.

Społeczeństwo bowiem, któremu władza rozdaje pieniądze odrzuci każdą inną propozycję, bo jest to logiczne z punktu widzenia jednostki. Trudno głosować na kogoś, kto powie: „ja wam zabiorę to, co oni dali”. Nikt nie będzie słuchał wyjaśniania, dlaczego („bo to nas wpędzi w kłopoty ekonomiczne, w bankructwo, zapaść finansową, dziurę budżetową i krach”). Obserwujemy wzrost inflacji, ale przeciętny obywatel nie dostrzega związku między działalnością państwa a drożyzną w sklepach. PiS wykorzystał świetną koniunkturę gospodarczą i znakomity stan finansów publicznych pozostawiony przez PO, by te zasoby rozdać. Obywatele w zamian poczuwają się do lojalności i deklarują poparcie dla PiS.

Powróćmy jednak do analizy ulotki. Otóż, dwa środkowe punkty odnoszą się do tzw. „wojny kulturowej”, a więc podsycanego przez PiS i kościół podziału światopoglądowego społeczeństwa na dwa zwaśnione plemiona: modernistów i tradycjonalistów. W każdym z nas takie tendencje się z sobą zmagają: chcemy zmieniać świat i jednocześnie nie chcemy, rzecz w tym, żeby wiedzieć, co chcemy zmieniać. Sedno tkwi w ocenie, co jest złe i należałoby zmienić, a co dobre i należy kultywować.

Lojalność wobec instytucji kościoła wiąże się z konserwatyzmem Polaków i wynika z tradycji obrony kościoła przed ideologią komunistyczną, a także z tradycji podtrzymywania polskości poprzez wiarę podczas stulecia zaborów. Deklaratywnie lojalność ta jest niezachwiana, choć faktycznie obserwuje się od lat malejące zainteresowanie praktykami religijnymi w skali kraju. Jednak wezwanie do obrony kościoła przed domniemanymi atakami może ten proces odwrócić, a przynajmniej skłonić wyborców do głosowania na tę partię, która deklaruje taką obronę. Tu chodzi o gest symboliczny. Nie rozpatrujemy tu w ogóle, czy za komuny kościół był faktycznie w Polsce prześladowany w takim stopniu, jak to się przedstawia. Rzecz dotyczy jedynie ogólnej percepcji społecznej w zakresie historycznej roli kościoła w budowaniu państwowości i tożsamości narodowej Polaków.

Kościół jest nietykalny i jest tematem tabu dla większości wyborców, przynajmniej w sferze publicznej. To ważne zastrzeżenie, że w publicznej, ponieważ jak się zdaje ten szacunek wobec instytucji kościoła wynika bardziej z konformizmu i hipokryzji, niż z faktycznych przekonań. Niemniej, jest to statystycznie podstawa społecznej hierarchii autorytetów w Polsce. Dlatego otwarta krytyka kościoła, oczywiście uzasadniona, mobilizuje wyborców do obrony. Nie ma żadnego znaczenia, czy krytyka jest uzasadniona. Kościół przez wyborców traktowany jest jak fenomen sam w sobie, nie zaś zbiór jednostek duchownych go reprezentujących. Nie ma znaczenia, który duchowny co powiedział, lub jakiego czynu się dopuścił. Kościół stanowi symbol, który dogłębnie przenika życie prywatne Polaków: w piątek jada się rybę, a w niedzielę chodzi do kościoła. Dzieci idą do komunii, młodzi pobierają się na ślubnym kobiercu. Pokropki, opłatki, kolęda, tacowe, katecheza, ostatnie namaszczenie. To są oczywistości oparte na odruchach nieomal bezwarunkowych…

Jeśli chodzi o argument – zagrożenie, że w razie wygranej PO „szkolone będą seksualnie małe dzieci” (sic!), to również dotyka się tu kulturowo-obyczajowego tabu Polaków, i także – jak w wypadku kościoła – opartego na oportunizmie oraz dwulicowości. Polacy statystycznie popierają protest środowisk konserwatywnych przeciwko ratyfikacji konwencji o zwalczaniu przemocy domowej. Problem przemocy domowej bowiem nie istnieje w przekonaniu obywateli, dopóki nie jest podnoszony. Dopiero jego nagłośnienie ma jakoby ową przemoc wywoływać. Wiadomo, że sąsiedzi nie reagują na krzyki bitych za ścianą, bo stanowczo przedkładają dobrosąsiedzkie stosunki nad walkę z przemocą domową. Ponad tym rozpościerają się jednak kolejne tabu – tabu seksualne i tabu wykorzystywania dzieci. Tabu seksualne jest zrozumiałe, bo wynika z pruderii: o seksie nie należy mówić głośno, bo to wstyd. Wykorzystywanie zaś dzieci jest tajemnicą Poliszynela: dzieci w społeczeństwie są przedmiotem emocjonalnych nadużyć, są maltretowane. Nie są traktowane – jak byśmy powiedzieli żargonem filozoficznym – podmiotowo.

Dzieci, podobnie jak kościół, w społecznym przekonaniu istnieją jako fenomen wyobrażony i wyidealizowany, jako symbol niewinności, który nie może usłyszeć słowa „seks”, gdyż wówczas zostanie bezpowrotnie skalany i zepsuty. Jednocześnie, konkretne dzieci służą jako worki treningowe lub dorobek (przychówek) do pochwalenia się przed otoczeniem. Deklaratywnie Polacy otaczają dzieci czcią niemal jak Dzieciątko Jezus, z tym że w praktyce owa postawa stanowczo rozmija się z rzeczywistością. Dzieci nie wolno uświadamiać, bo może to prowadzić do wykolejenia. Najlepiej w ogóle pozostawić sprawy samym sobie. Lęk przed wypowiedzeniem nieuświadomionego jest niezmiernie silny, słowo ma moc destrukcyjną, zdaniem wyborców. Dlatego najlepiej, jeśli dzieci skupią się na nauce modlitw i prawd wiary, bo to je uszlachetni, niż miałyby przedwcześnie dowiadywać się o tym, co stanowi domenę dorosłych, co wzbudzić może niezdrową ich ciekawość i powieźć na manowce. Zresztą, niby dlaczego dzieci miałyby być mądrzejsze od rodziców?

Tu w sukurs idzie takiemu stylowi myślenia i przekonań widok Parad Równości – dla nas barwny happening, dla osób nie do końca przekonanych o potrzebie zmiany świata obraz budzący powszechne zgorszenie. Jeśli ksiądz dopuszcza się pedofilii, to czyni to w skrytości kruchty, konfesjonału lub plebanii, poza wzrokiem osób postronnych. Po pierwsze zatem dba o to, by nie gorszyć, a po wtóre też o to, by pozostać bezkarnym, bo dowód nadużycia opiera się na zeznaniach ofiary, więc tak do końca nic nie wiadomo… Podczas Parad zaś ludzie manifestują swoją orientację, preferencje i tożsamość jawnie i spektakularnie, mimo że z teologicznej perspektywy to grzech…

Eksponowanie praw osób LGBT, i dążenia do równouprawnienia oraz walki z dyskryminacją, wyborcy traktują jako zamach na własne wolności i dowód wykolejenia polityków. Wyborcy chcą czuć się lepsi od tamtych, mało tego, postulaty tego rodzaju traktują jako zagrożenie: to oni będą wykluczeni, tak jak teraz LGBT, w razie dojścia do władzy opozycji. Albo jedni, albo drudzy, nigdy razem. Nie potrafią i nie chcą zrozumieć, że można wszystkich traktować jednakowo. Ktoś zawsze musi zostać poszkodowany. Dla polityków opozycji to trudny orzech do zgryzienia, gdyż nie podejmując kwestii równościowych (kobiecych, niepełnosprawnych, LGBT) odwracają się od swojego elektoratu, tymczasem podejmując – zniechęcają do siebie pozostałych… Tu ważna jest delikatność i wyważenie proporcji, bo przecież na tym polega polityka.

Zajmijmy się teraz dwoma ostatnimi punktami naszej ulotki, to jest tymi, które odwołują się do polskich tendencji nacjonalistycznych. Zachłyśnięcie się własną plemiennością, nacjonalizm jest chorobą wieku dziecięcego demokracji. Polacy właśnie przez tę chorobę przechodzą. Dwudziestolecie międzywojenne także obfitowało w tego typu akcenty. Po przełomie ’89 nie dano się Polakom odpowiednio w tej mierze wyszumieć, komuna mimo ideologicznego internacjonalizmu schlebiała tendencjom narodowym w Polsce.

Cóż to jest ów majątek narodowy, który jakoby zostanie wyprzedany w razie dojścia liberałów do władzy, którego nie zdołali wyprzedać do tej pory? To są Lasy Państwowe i majątek kościelny, który jest traktowany równoważnie z narodowym, co w przeliczeniu na powierzchnię stanowi znaczącą większość powierzchni naszej ojczyzny. PiS wprowadził ponadto specjalną ustawę o obrocie ziemią rolną, która w założeniu miała uniemożliwić wyprzedaż ziemi zagranicy, a w praktyce uniemożliwiła handel ziemią właścicielom wiejskim. Są jeszcze spółki skarbu państwa, kopalnie węgla kamiennego, huty, stocznie. Były PGR-y, za którymi nostalgia nie przemija. Oto mityczny majątek narodowy, którego nikt nie sprzedał do tej pory i nie sprzeda nawet nie tyle z powodu chęci, ile z braku potencjalnych nabywców, z braku popytu…

Prywatyzacja miała miejsce w początkowym okresie transformacji, teraz przebiega niemrawo, lecz poczucie krzywdy z powodu sprzedania Fabryki Samochodów Osobowych na Żeraniu jest nieprzemijające. 16 sierpnia 1995 roku podpisany został list intencyjny pomiędzy Ministerstwem Przemysłu i Handlu a koncernem Daewoo w sprawie udziału konsorcjum w prywatyzacji FSO w Warszawie. Dziś Polska nie produkuje aut narodowej marki.

Pozostała fobia wyprzedaży „rodowych sreber”. Polacy są utwierdzani przez środowiska narodowe w przekonaniu, że kraj po komunie odziedziczył wielki majątek, który dostaje się w obce ręce i tylko przez brak czasu jeszcze nie został całkowicie przehandlowany. Teraz PiS stawia jakoby tamę dalszej prywatyzacji i gwarantuje, że nikt nie wykupi polskiej ziemi. Zamiast tego proponuje uwłaszczenie się obywatelom. Władza obiecuje działkowiczom skupionym w Państwowych Ogródkach Działkowych możliwość wykupu działek na własność. Wydaje się, że z problemem prywatyzacji wiąże się również zachęta dla zagranicznego kapitału do inwestowania w Polsce, ale ta kwestia została poniechana przez obecnie rządzących. Kolejną kwestią polityczną jest reprywatyzacja i brak odpowiedniej ustawy, która by regulowała zadawnione nieprawidłowości bierutowskie.

Statystyczny Polak nie wie, co oznacza w praktyce gospodarczej prywatyzacja i jakie niesie korzyści, natomiast ma wpojoną fobię przed prywatyzacją i traumę ryzykownych poczynań w tym zakresie z przeszłości. Nie patrzy na to zjawiska z punktu widzenia opłacalności, tylko przez pryzmat mitów i legend, jakie natrętną propagandą wtłoczyli nam do głów narodowcy. Tu dla opozycji jest wielkie pole do popisu w dziedzinie edukacyjnej.

Ostatni punkt analizowanej ulotki odnosi się do ksenofobii i megalomanii: „w UE Niemcy i Francja upokorzą Polskę”. To nic, że Polska, a raczej państwo polskie, właśnie teraz, za rządów PiS, nieudolnych zwłaszcza na arenie międzynarodowej, jest upokarzana. To nie ma znaczenia, gdyż ważne jest jedynie, choć niechronologicznie, że w ogóle może być upokarzana. Oto Beata Szydło nie może objąć żadnego stanowiska w Unii, ona, którą Polacy wręcz uwielbiają. O czym to świadczy? O złych intencjach zagranicy, szczególnie tych najsilniejszych, a więc Francji i Niemiec. Niemiec – w powszechnym mniemaniu Polaków, o co postarał się Kaczyński – odwiecznego obok Rosji wroga Polski. Polsce, jako krajowi rządzonemu przez nieobliczalnych populistów, przykręcony ma zostać kurek dotacji, i to nie tylko na modernizacje proekologiczne.

Nie ma zatem znaczenia, że to właśnie teraz rządzący na własne życzenie są przez Europę upokarzani za swoją butę, arogancję, ale nade wszystko za nieudolność i przekręty, ważne, że przepowiednia o upokarzaniu się sprawdza. Straszak w postaci domniemanego upokarzania w wypadku wygranej przez Koalicję PO, choć absurdalny i irracjonalny, z pewnością działa. Wprawdzie jest całkiem nielogiczny wobec argumentu, że to PO dogaduje się z Europą, i sprzeczny z nim, jednakże musimy mieć świadomość, że to argument emocjonalny, a więc nie odwołujący się ani do logiki, ani nawet do zdrowego rozsądku.

Jest to argument demagogiczny, który Polakom każe się usytuować w hierarchii państw (krajów) na stosownym poziomie – wyższości lub niższości, nigdy na równi i po partnersku, upokarzania innych lub byciu upokarzanym, w żadnym razie jako uczestnika racjonalnych negocjacji.

Co się w ulotce nie znalazło? Brakuje tam hasła „wymiany elit”, lecz trzeba pamiętać, że ulotka trafia do wyborców na Mokotowie, czyli jednej z głównych dzielnic stolicy, a więc do potencjalnych elit. Wymiana elit tkwi w ulotce między wierszami: włącz się w nasz projekt, a będziesz stanowić nową elitę, zostaniesz doceniony, a przynajmniej nie zostaniesz poddany wymianie. Wyborcy są przekonani co do konieczności poddania wielkich korporacji zawodowych, takich jak sędziowska, lekarska, nauczycielska, etc. – większej i zmasowanej kontroli. Oczywiście, kontroli społecznej a nie państwowej, jak proponuje PiS, lecz elektorat tego nie rozróżnia. Wmówiono bowiem wyborcom, że to państwa w państwie, które żyją ponad stan kosztem przeciętnego Kowalskiego. Czas zatem powyrzucać dotychczasowych beneficjentów i zastąpić ich nowymi, z ludu. Czy naprawdę trzeba być wysokiej miary specjalistą, aby siedzieć w czarnej todze, walić młotkiem jak na filmach i ferować wyroki: „winien – niewinien”? Prawda zawsze wszak leży pośrodku i wystarczy wybrać jeden z wariantów…

W ulotce nie ma też ani słowa o ośmiorniczkach, czy też zegarku Sławomira Nowaka, choć przecież mogłoby się tam znaleźć zdanie o tym, że w razie powrotu PO do władzy znów będziemy mieć do czynienia z korupcją… Dlaczego w takim razie nie ma tam nic o walce PiS z aferami? Oczywiście, ogrom wielomilionowych przekrętów (ostatnia z Kuchcińskim i jego odlotami, ale były też inne, np. Srebrna, etc.), z którymi mamy do czynienia teraz za panowania Kaczyńskiego mógłby wyborców zatrważać, lecz tak się nie dzieje. Elektorat pozostaje lojalny w imię hasła: „Owszem, kradną, ale z nami się dzielą”. I w ten sposób kółko się zamyka.

Jeszcze wokół prześnionej rewolucji

Pan Kuchciński woził rodzinę samolotami. Niby powinniśmy się już do tego przyzwyczaić, że władza się nadużywa, a jednak jego szef, pan Kaczyński bardzo się ponoć poirytował. Pan Kuchciński wpłacił za karę na Caritas symboliczną kwotę. Czy po tej aferze PiS-owi spadnie poparcie? Nie spadnie, podobnie jak nie spadło mimo licznych afer korupcyjnych znacznie większej wagi.

Można zauważyć, że społeczeństwo wyraża swoją pobłażliwością dla przekrętów władzy swoisty podziw. Społeczeństwo bowiem od lat łaknęło „władzy silnej ręki”, tak bardzo, że ją dostało. Władza ta jest butna, pomiata wszystkimi poza swoimi, ale swoimi też, bo to potrafi najlepiej. Jest arogancka i pełna pychy. Dostojnie pierdzi i szydzi z ustalonych porządków. Rzuca ludowi ochłapy i każe się przymknąć. I lud to ukochał, lud to kupuje.

Pan Wałęsa powtarza, ilekroć mam okazję wysłuchać jego wystąpień, że diagnoza rządzącej partii jest słuszna, tylko leczenie złe. Chodzi mu zapewne o transfery socjalne na niekorzyść inwestycyjnych i modernizacyjnych. Że może mniej ryby, a więcej wędki. No, ale rybę najłatwiej, wędkarze to wiedzą, ile się z wędką trzeba namęczyć.

Mamy pełnię lata i ono będzie gorące. Czeka nas najważniejsza od czterech lat kampania wyborcza. Poprzednie wybory przegrały siły prodemokratyczne, niezupełnie i nie spektakularnie, ale poniosły klęskę. Elektorat jest nieubłagany i metoda Victora D’Hondta też, o czym nie pamiętają ani wyborcy, ani partie polityczne, które zdecydowały się wystawić aż trzy koalicje. To wróży kolejną, tym razem ostateczną klęskę, ale ja nie o tym.

Nasz świat legł w gruzach. Po trosze z winy pana Kaczyńskiego i jego partii. Oto zdemolowany został ustrój państwa i metodycznie niszczone są jego podstawy: trójpodział władzy, niezależność sądownictwa, deptana jest Konstytucja.

Piszę „po trosze”, bo z drugiej strony można powiedzieć, że sam Kaczyński jest zaledwie swoistym katalizatorem – destruktorem wbrew sobie, albo też pomimo chęci. On, owszem, obraca w perzynę demokrację dla własnej wygody i pomyślności sowich oligarchów, niemniej ta tendencja zasadniczej zmiany rodzi się trochę niezależnie od jego fatalnej potencji. Ta zmiana jest rewolucyjna.

Mateusz Kijowski zwykł mawiać, że my – wówczas KOD – nie jesteśmy rewolucjonistami, co najwyżej kontrrewolucjonistami, bo chcemy zapobiec rewolucji Kaczyńskiego, ale to zaledwie połowiczna prawda. Okazało się, że rewolucja stoi u bram, czy tego chcemy, czy nie.

Stary porządek legł w gruzach niejako ponad łbem Kaczyńskiego. Konstytucja, której tak bronimy, a którą tak bezlitośnie szarga Kaczyński, ma pewne zapisy od samego początku martwe. Zwróciła mi na to uwagę Danuta Kuroń. „Społeczna gospodarka rynkowa”… Albo „zapewnienie ochrony środowiska” [kierując się zasadą zrównoważonego rozwoju]… Albo, dodam od siebie, „świeckość państwa”…

Z jednej strony zatem mamy surogat rewolucji, tzw. rewolucję konserwatywną wcielaną przez Kaczyńskiego. To po części faszyzacja kraju, o której wspomina prof. Andrzej Leder, co przypominam nieustannie, bo jego opinia jest kluczowa dla zrozumienia, skąd się bierze neofaszyzm w Polsce i dlaczego jest tak Kaczyńskiemu potrzebny: „Kaczyński wprowadza nam faszyzm”.

Tu napomknę, że jeden z moich znajomych zżymał się ostatnio, że na ulicy pewna jejmość bezpardonowo zwróciła mu uwagę, że chodzi w upał w czarnych długich spodniach, gdy tymczasem powinien w krótkich. Wiem, że wobec lżenia mniejszości i aktów przemocy ta anegdota może się Państwu wydać minoderyjna i banalna, ale ona też świadczy o nastrojach rewolucyjnych. Oto obcy człowiek bez żenady i skrępowania zwraca drugiemu człowiekowi uwagę na strój.

Być może spyta Was o poglądy kioskarz i zbeszta za kupowanie nie tego organu, co trzeba, albo ekspedientka żachnie się, że kupujecie u niej wędlinę mając naklejkę „Strefa wolności” lub „Konstytucja”, i że ona wobec tego nie sprzeda, bo wrogom ojczyzny nie będzie sprzedawać swoich kiełbas…

Z drugiej strony jesteśmy świadkami i uczestnikami rewolucji obyczajowej, której poniechaliśmy i która wybucha z całą mocą, czy tego chcemy, czy nie. Upada autorytet kościoła, skorumpowanego, rozpolitykowanego, zdemoralizowanego. Kobiety upominają się o równouprawnienie, podobnie jak środowiska LGBT. Uczestniczymy w ich demonstracjach, a więc jesteśmy rewolucjonistami. Wieloletnie zaniechania dają o sobie znać, frustracja odzywa się ze zdwojoną siłą. Pewnych krzywd nie da się w nieskończoność zamiatać pod dywan.

Dlatego, mimo iż pragnęlibyśmy wspólnego frontu prodemokratycznego na scenie politycznej, który pozwoliłby zmieść z tej sceny Kaczyńskiego, tak się już nie stanie, sprawy bowiem zaszły za daleko. Ludziom przestało zależeć na skuteczności politycznej, nie chcą już być sprytni, nie chcą parlamentaryzmu. Chcą wykrzyczeć swój ból na ulicy. Chcą natychmiast zmian. Czyż to nie jest rewolucja?

A skoro przełamujemy wszelkie społeczne tabu i opowiadamy się za równością praw dla wszystkich dyskryminowanych, dla kobiet, osób LGBT, to czeka nas rozprawa z jeszcze jednym tabu, bodaj najgroźniejszym. Trzeba się wreszcie zmierzyć z własną historią, a więc własną tożsamością. Czas dojrzeć i dorosnąć, i przestać traktować „naród” w kategoriach skrajnych, z pomocą idealizacji lub dewaluacji.

Pisze o tym Tomasz Żukowski w książce „Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów”. Wiem, że to nieznośnie bolesne, i że wszyscy wolelibyśmy o tym nie pamiętać, wyprzeć to, zaprzeczyć, lecz skoro mamy dokonać rewolucji, zdobądźmy się tym razem na odwagę. Zacznijmy się traktować racjonalni, jako społeczeństwo o historii trudnej, raz chwalebnej, innym razem podłej. Takie oczyszczenie właśnie teraz, wbrew kłamliwej polityce historycznej IPN, PiS i Rydzyka, może nam przynieść sporo ulgi:

Wielki retusz w Wielkiej Literze

Nakładem Wydawnictwa Wielka Litera ukazała się książka Tomasza Żukowskiego "Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów".Autor opowiada o swojej książce.Nagranie: Przemysław Wiszniewskihttps://wielkalitera.pl/produkt/wielki-retusz-jak-zapomnielismy-ze-polacy-zabijali-zydow/

Opublikowany przez Marek Edelman Środa, 19 czerwca 2019

Przeciw czemu protestujesz?

Niekiedy powiadam, że jestem mizantropem, bo faktycznie sporo mam życiowych rozczarowań w stosunku do rodzaju ludzkiego na swoim koncie. Wciąż jednak natura ludzka mnie fascynuje. Nie dzielę znajomych i nieznajomych na heteryków i LGBT. Orientacja seksualna innych raczej mnie nie interesuje. Chyba że ktoś mi swoją objawi, wówczas po prostu przyjmuję ją do wiadomości.
czytaj więcej…

Marsz Równości – Marsz Pamięci – Marsz Brunatny

Dzięki internetowi i moim przyjaciołom uzbrojonym w stosowny sprzęt na bieżąco wiem, jaki miał przebieg Marsz Równości w Białymstoku. Naprzeciw tęczowej młodzieży – nienawistne bojówki neofaszystów.

Zostali ośmieleni przez polski episkopat i przezeń sprowokowani pochwałami tych cytatów ze świętych ksiąg, które każą kamienować homoseksualistów, co przecież pisano kilka tysiącleci temu…

Tymczasem pojutrze, 22 lipca, w poniedziałek o godz. 18:00 ruszy spod Umschlagplatz Marsz Pamięci w 77. rocznicę rozpoczęcia wielkiej akcji likwidacyjnej getta warszawskiego.

Końcową stację składy bydlęcych wagonów miały w Treblince, lecz śmierć nie zakończyła nienawiści do ofiar. Co ciekawe, nienawiści manifestowanej nie tyle przez oprawców, ile przez świadków.

Dziś z uwagi na statystycznie istotny brak Żydów ich rolę przejęły osoby LGBT oraz wszyscy, których wskażą bojówki pogrobowców Hitlera: uchodźcy, mniejszości, lewacy, zaś rolę niegdysiejszych oprawców, jak się zdaje po przebiegu Marszu Równości w Białymstoku, chcą koniecznie przejąć potomkowie świadków.

Stan mentalności społecznej można śmiało nazwać pomieszaniem, zagubieniem i dezorientacją. I ogłupieniem, czy też otumanieniem. Brakuje istotnych drogowskazów. Normy umysłowe, które dotychczas pozwalały odróżniać prawdę od fałszu, dziś tego nie gwarantują.

Na spotkanie opozycji ulicznej z Komitetem Obywatelskim Lecha Wałęsy szedłem dzisiaj w zacnym towarzystwie Olgierda Łukaszewicza, który podejmuje wciąż wysiłek pozytywistyczny spotkań w gminach i sołectwach na polskiej prowincji.

Kiedy westchnąłem, że być może przyjdzie mi kolejne cztery lata spędzić na ulicy, zaprotestował, że to nieskuteczne, bo trzeba jeździć po kraju i rozmawiać z ludźmi. Perswadować i tłumaczyć.

Na litość boską, co ja mam tym ludziom tłumaczyć! Że są zdemoralizowani gotówką dawaną do ręki przez populistów, ale też przez Unię Europejską (dopłaty bezpośrednie)?! Że przedkładają własny partykularyzm ponad interes ogólnopaństwowy?!

Że zostali oszukani i bronią tego oszustwa, bo w przeciwnym razie musieliby się przyznać przed samymi sobą, że dali się oszukać, bo są frajerami?! Że dopiero po jakimś czasie wychodzi na jaw szwindel, a nie od razu?! Że pieniądze nie rosną na drzewach i żeby móc dostawać gotówkę na wódkę muszą więcej płacić w sklepie za zagrychę?!

Owszem, bezpiecznie mi na warszawskiej ulicy, z dala od sympatyków władzy, bez potrzeby konfrontowania moich przekonań i poglądów z idiotyzmami. Nie nadaję się na misjonarza. Podziwiam tych, którzy to potrafią. Trzeba mieć talent.

Tak jak los każdego człowieka musi się dopełnić, podobnie dopełnić się musi los społeczeństwa. Jeśli nie potrafi przewidywać konsekwencji swoich wyborów, musi się tego nauczyć poprzez dramatyczne doświadczenie i klęskę. Człowiek uczy się na własnych błędach i podobnie – kolejne generacje narodu.

I tego z całego serca życzę Polakom! Cóż z tego, że byliby bogaci, skoro pozostaną głupi? Lepiej być mądrym, choćby i po szkodzie.
Polska Normalna?

Zdjęcie dzięki uprzejmości Jarka Malickiego

Nigdy więcej?

„Nigdy więcej!” jest frazą, która wynika za szlachetnych intencji, choć ilustruje zaklinanie rzeczywistości. Wiadomo bowiem, że historia lubi się powtarzać.
 
Owa idea „Nigdy więcej!” została wyryta w kamieniu na obelisku w Treblince. Zagazowano tam 800 tys. Żydów, przy czym nie Cyklonem B, ale spalinami z ciężarówek, które rurami wpuszczano do komór gazowych.
 
Prace budowlane Obozu Zagłady w Treblince zakończono 11 lipca 1942 roku. Pierwszy transport z getta warszawskiego odjechał z Warszawy do Treblinki 22 lipca, pierwszego dnia tzw. wielkiej akcji wysiedleńczej. Przybył tam 23 lipca, w dniu żydowskiego święta Tisza be-Aw.
 
O okolicach Treblinki Jan Tomasz Gross napisał książkę „Złote żniwa”. Ludność przekopywała popioły w poszukiwaniu złotych zębów i kosztowności.
 
10 lipca będziemy obchodzić kolejną rocznicę Mordu w Jedwabnem. To tylko nazwa, choć wiadomo, że analogicznych mordów dokonała na Żydach polska ludność w wielu innych miejscowościach podczas wojny. O Jedwabnem prof. Gross również napisał książkę pt. „Sąsiedzi”.
 
Został nakręcony film pod tym samym tytułem przez Agnieszkę Arnold. Władysław Pasikowski nakręcił „Pokłosie” z Maciejem Stuhrem. Prawdziwi Polacy twierdzą, że to nie przodkowie spalili żywcem Żydów w stodole, lecz Niemcy.
 
Strażnikiem pamięci, któremu zawdzięczam ubiegłoroczną peregrynację do tego miejsca żydowskiej kaźni (na zdjęciu), jest ksiądz Wojciech Lemański. Podobnie, jak strażnikiem pamięci Treblinki.
http://przemyslawwiszniewski.naczatach.pl/2018/03/18/jedwabne/
 
Szanowni Państwo,
należy o tym pamiętać, właśnie dla frazy „Nigdy więcej!” Tymczasem nie ma tygodnia, by w Polsce nie doszło do kolejnego rasistowskiego ataku. Dziś dowiedzieliśmy się, że student z Indii został pobity w gdańskim pociągu. Kopiąc go w klatkę piersiową napastnik krzyczał „Je… Arabów!”
http://trojmiasto.wyborcza.pl/trojmiasto/7,35612,24973925,student-indii-zaatakowany-w-skm-napastnik-krzyczal-jebac-arabow.html
 
Innego Hindusa pobił pod koniec czerwca Polak w Aleksandrowie Łódzkim. Z kolei Polakowi, który krzyczał w Przemyślu w twarze neofaszystom „Precz z polskim faszyzmem!” policja postawiła zarzut „znieważenia narodu polskiego”…
 
Dlatego o tym wszystkim mówię, a nie dlatego, by kogokolwiek upokarzać, czy zawstydzać, czy też odciągać od milszych tematów. „Nigdy więcej!” jest możliwe jedynie wtedy, gdy będziemy pamiętać zarówno o czynach heroicznych z naszej wspólnej przeszłości, jak i podłych. Historia jest nauczycielką życia. Trzeba ją znać, nie zakłamaną, bolesną, niekiedy chwalebną.

Rocznica pogromu kieleckiego

Dziś obchodzimy tragiczną 73. rocznicę Pogromu kieleckiego. To było zdarzenie fatalne, polała się krew. Polscy Żydzi ocaleni z Szoa, zdali sobie sprawę, że Ojczyzna się ich wyrzekła, i że Hitler triumfuje. Polacy w Kielcach dali mu pośmiertne zwycięstwo.

W Roku Marka Edelmana warto przypomnieć jego wspomnienie:

„Wszystko, o czym pisze Gross, to przecież prawda. Byłem z moim przyjacielem Antkiem Cukiermanem w Kielcach następnego dnia po pogromie. Jechaliśmy zorganizowanym przez wojsko pociągiem z kuchnią polową i lekarstwami dla ofiar. Po drodze widziałem, co się dzieje na stacjach. Na każdej niemal leżały trzy, cztery ciała przykryte gazetami. To byli Żydzi zamordowani w tzw. akcji wagonowej. W Centralnym Komitecie Żydowskim było zarejestrowanych 1300 czy 1500 takich przypadków. A ilu nie zarejestrowano? Zatrzymywanie pociągów, wyciąganie i zabijanie Żydów to była wtedy powszechna rzecz.”

Całość rozmowy z Joanną Szczęsną

W Kielcach działa człowiek wybitny, Bogdan Białek, którego miałem honor poznać i się z nim zaprzyjaźnić. Zaprosił mnie wraz z moją córką, Natalią, swego czasu do Kielc, gdzie prowadziliśmy warsztaty antydyskryminacyjne w tamtejszych szkołach, takie same, jakie wcześniej organizowaliśmy w Warszawie z ramienia Stowarzyszenia Otwarta Rzeczpospolita.

W Kielcach poznałem osobiście twórców scenariusza naszych lekcji. Scenariusz od wielu lat wisi w internecie, lecz mało kto zeń korzysta i może to jedna z przyczyn, dlaczego w tej chwili w Polsce kwitnie rasizm, antysemityzm i ksenofobia. Społeczeństwo ulega faszyzacji PiS-u i pokrewnych ugrupowań.

Oto link, o którym wyżej wspomniałem – gotowe lekcje.

Bogdan jest redaktorem naczelnym „Charakterów”, byłym dysydentem PRL-owskim, działa w Polskiej Radzie Chrześcijan i Żydów. Jest prezesem kieleckiego Stowarzyszenia im Jana Karskiego. Od wielu dekad działa na rzecz dialogu polsko-żydowskiego i zachowania pamięci o ofiarach pogromu.

Dzisiejsza data wiąże się ze wzruszającą uroczystością, którą rokrocznie organizuje w Kielcach.

15 lat temu Marek Edelman odwiedził Kielce na zaproszenie Bogdana Białka. Powiedział wówczas:

„Byłem w Kielcach dzień po pogromie. Widziałem martwych ludzi, krew na chodnikach. Od tego czasu nie przyjeżdżałem tutaj. Minęło ponad 50 lat i znów tu jestem. Czas wyplenił zło z tego miasta. Kielce to jest już inne, lepsze miasto. To, że powstało tu gimnazjum Karskiego, najlepiej o tym świadczy. Nadanie imienia nie jest ważne dla gości czy urzędników, to jest ważne dla tego miasta. Patrzę na waszą młodzież i bardzo się cieszę. Powtórzę jeszcze raz to, co już wcześniej mówiłem. Ci ludzie będą żyli w pięknej i wolnej Polsce. Takiej, jaką sobie Karski wymarzył.”

Przykład ogromnej pracy Bogdana pokazuje, jak nawet najgorsze karty historii mogą stanowić nie tylko ostrzeżenie, ale przede wszystkim pretekst do mozolnego budowania. Dziś myślami bądźmy w Kielcach.
Ilustracja – kadr z filmu

Opublikowany przez Stowarzyszenie im. Jana Karskiego Środa, 3 lipca 2019

Polsko, jesteś faszystowska!

Znajmy miarę spraw, respektujmy stopień zagrożeń. Polska się faszyzuje, konsekwentnie i nieubłaganie, my zaś bezradnie przypatrujemy się temu zjawisku i nie potrafimy nazwać go po imieniu, a tym bardziej przeciwdziałać. Wiem, wiem, Czytelniku! Pukasz się w czoło, irytujesz: „Jakże to?! Polska?! Faszystowska?! Tyle wycierpieliśmy od faszystów! Niemożliwe!”

A jednak! Posłużyłem się tytułem z publikacji w Newsweeku z końca 2017 roku: „Polska się faszyzuje. A Kościół daje na to przyzwolenie”, a także z analizy w Wyborczej: „W Polsce rodzi się faszyzm”. Od tamtej pory nic się nie zmieniło, diagnoza postawiona została słusznie, ba!, nie ma dnia ani godziny, by rzeczywistość nie dostarczała nam coraz lepszych dowodów. Więc to jest największe zagrożenie dla Polski i dla naszego społeczeństwa: faszyzm w nowej odsłonie. Obchodzimy dziś „Światowy Dzień Uchodźcy”, dzień tego bohatera, którego pod koniec 2015 roku opluł Jarosław Kaczyński w kampanii wyborczej, wskazując, że stanowi dla zdrowej polskiej tkanki śmiertelne niebezpieczeństwo. Zaczai się w łanach rzepaku i będzie dybał na ojcowiznę, na nędzną chudobę chłopa polskiego. Jeśli nawet nie aż tak, to przynajmniej rozniesie śmiercionośne bakcyle i mikroby. I pierwotniaki, których jest nosicielem.

Serca polskich katolików okazały się kamienne na los tych, którzy muszą walczyć o życie, uciekając przed klęskami wojny i głodu. To nie obietnice populistyczne zdemoralizowały obywateli, a przynajmniej nie w takim stopniu, co retoryka zwycięskiej partii, żywcem skopiowania z przemówień faszystów niemieckich z lat 30. ubiegłego wieku (wiem, że nazistów, ale to niuanse politologiczne). Sama bowiem władza, nawet najgorsza, nawet taka, jak PiS nie jest w stanie wiele dokonać, gdy brakuje jej społecznego poparcia. I władza zdobywa poklask publiczności, umiejętnie manipulując jej oczekiwaniami i emocjami. Odtąd władza i poddani żyją w syntonii. Żadne skandale korupcyjne, czy obyczajowe, żadne wielkie przekręty nie są w stanie owej miłości zburzyć. Mamy faszyzm. Mamy faszystowską władzę i mamy faszystowskie społeczeństwo.

Faszyzm prowadzi do wojny, gdyż w centralnym jego punkcie tkwi kult siły. Polacy za rządów PO coraz częściej wyrażali pragnienie, by w ich kraju zapanowały „rządy silnej ręki”. Marzenie się spełniło. W sposób jak najbardziej demokratyczny, czyli w wolnych wyborach. Hitlera i jego partię, co wszyscy uparcie powtarzają, także wybrano w wolnych wyborach. I na początku nikt się nie spodziewał, że to poprowadzi kraj do klęski. Faszystom nie wyrastają rogi na głowach w odróżnieniu od nie faszystów, którym z kolei nie wyrastają skrzydła u ramion! Wiktor Woroszylski tak to opisuje w wierszu „Państwa faszystowskie”: „W tych państwach słońce wschodziło i zachodziło o normalnej porze opromieniając dachy domostw i wzgórz zieloną spadzistość W oborach łagodnie ryczało bydło Matki o świcie budziły dzieci całując je w czoło Ojcowie wracając z pracy ze znużeniem radosnym w kościach wdychali dym domowego ogniska zaś po obiedzie zasypiali w fotelu bądź też majsterkowali wytrwale bądź też muzykowali z zapałem Dzieci bawiły się w klipę w klasy i w chowanego”.

I tylko w tym pierwszym etapie co jakiś czas zaczyna zgrzytać, bo ujawnia się zew krwi. To dlatego ten rok zaczął się krwawym morderstwem prezydenta Gdańska, Pawła Adamowicza, zakłutego nożem. To dlatego przez ostatnie trzy i pół roku nie ma tygodnia, by prasa nie donosiła o pobiciu obcokrajowca, na ulicy w biały dzień, w autobusie czy pociągu, tylko dlatego, że posługuje się inną mową niż powszechna, albo ma inny kolor skóry, albo nietypowy ubiór. Stado zadziobuje innego, obcego przybysza. Reszta, która nie bierze w tym udziału, bierze jednak udział, biernie się przypatrując, milcząc i nie reagując. Dobrze to znamy z lat okupacji

Profesor Jacek Bartyzel z Uniwersytetu w Toruniu został przez prokuraturę usprawiedliwiony za nazwanie Żydów, że to „plemię żmijowe, pełne jadu”. Prokuratura stwierdziła, że taki epitet mieści się w definicji dozwolonej krytyki. Nie jest to zatem, zdaniem agendy rządowej, którą jest ubezwłasnowolniona prokuratura, żadna mowa nienawiści. Nad chorym od nienawiści Bartyzelem bym się nawet nie pochylał, gdyby nie prawidłowość, że słowa zawsze rodzą czyny, a pojedyncze nienawistne ataki wiodą do zbiorowego pogromu czy mordu. Taka jest kolej rzeczy. To nie karykaturalne bojówki, chrzczone na Jasnej Górze, te nazwane Obozem Narodowej Demokracji, Młodzieżą Wszechpolską czy Narodowym Odrodzeniem Polski, te rekonstrukcje przedwojennych polskich faszystów są prawdziwym, albo nie jedynym zagrożeniem. Zagrożeniem największym są ci, którzy nie noszą naszywek ze swastyką, krzyżem celtyckim czy falangą, lecz mają tytuły, są u władzy, należą do środowisk opiniotwórczych, dostęp do publikatorów, i sieją propagandę. Tworzą teorię faszystowską i faszyzm w Polsce proklamują.

Dlaczego wśród Polaków cieszą się posłuchem? Bo dają jasne, proste recepty, w jaki sposób żyć łatwo i godnie, i bezpiecznie. Tak przeraźliwie proste, że powinny budzić niepokój, jednak nie budzą go, gdyż ludzie potrzebują recept najtańszych. Oto „rzecznik praw dziecka” wspomina publicznie „z estymą” (sic!), jak dostał lanie i kilka dni nie mógł usiąść. Wyraża w ten sposób nie tylko swój indywidualny sadomasochizm, ale także promuje kult przemocy w stosunkach międzyludzkich i perswaduje, by wychowanie dzieci oprzeć na gniewnej dominacji. Stwarza klimat dla bezmyślnej faszystowskiej rodziny, opartej na biciu i poniżaniu, schlebiając najgorszym tradycjom i najtańszym gustom. Agresja jest łatwa, opanowanie jej wymaga wysiłku.

Owe faszystowskie idee tkwiły w narodzie cały wiek XX. I w okresie międzywojennym, i podczas okupacji, i za PRL-u. Ich najoczywistszym objawem był antysemityzm, zwierzęcy, pochwalany przez kościół, wyzwalany przez komunistów w latach 60., a teraz ponownie przez Kaczyńskiego. Polacy dobrze o tym wiedzą, choć na potrzeby autoprezentacji wolą się nazywać „sprawiedliwymi”, którzy Żydom niewdzięcznym zawsze szli na rękę, za co spotykają ich niezasłużone afronty. Wbrew rzeczywistości i wbrew tkwiącej w sercach pogardzie oraz wrogości do Żydów, mówią głośno o polskim heroizmie. Nie mówią np. tego: „W okresie okupacji nie było dosłownie ani jednego człowieka, który by nie słyszał powiedzonka: „Jedną rzecz Hitler dobrze zrobił, że zlikwidował Żydów, tylko nie trzeba o tym głośno mówić”, (…) dyspozycja tego zakłamania aprobowana i przyjęta została przez cały niemal kolektyw narodowy.”

Opowiada o tym Tomasz Żukowski, autor książki „Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów”:

Wielki retusz w Wielkiej Literze

Nakładem Wydawnictwa Wielka Litera ukazała się książka Tomasza Żukowskiego "Wielki retusz. Jak zapomnieliśmy, że Polacy zabijali Żydów".Autor opowiada o swojej książce.Nagranie: Przemysław Wiszniewskihttps://wielkalitera.pl/produkt/wielki-retusz-jak-zapomnielismy-ze-polacy-zabijali-zydow/

Opublikowany przez Marek Edelman Środa, 19 czerwca 2019

Przypomnę może, korzystając z okazji, że w lipcu będziemy mieć trzy daty zasadniczych rocznic, które dokumentują opisane zjawisko: Pogrom kielecki 4 lipca (1946), Mord w Jedwabnem 10 lipca (1941) i Wielka Akcja Likwidacyjna Getta Warszawskiego 22 lipca (1942).I są to daty wspólnej żydowsko-polskiej historii.

Szanowni Państwo, na koniec odniosę się do wątpliwości, które uniemożliwiają właściwe nazwanie tego, co się w Polsce dzieje, ze względu na brak precyzji ideologicznej i chaos pojęciowy. Jedni mówią, że Kaczyński jest populistą, inni, że wprowadza ustrój oligarchiczny, a jeszcze inni, że rekonstruuje nam PRL. Wszyscy mają połowicznie rację, choć wymienione etykiety zasłaniają sedno sprawy, czyli ów faszyzm, o którym mówię. Otóż, hitlerowski narodowy socjalizm również miał dwie komponenty, które sobie nie przeszkadzały, lecz się uzupełniały. Za PRL mieliśmy Piaseckiego i jego PAX, a potem Moczarowców, a potem Zjednoczenie patriotyczne „Grunwald”, więc to nieprawda, jakoby nacjonalizm szkodził komunie, owszem może doktrynalnie, lecz na pewno nie w praktyce.

Otóż, to Putin wspiera europejskich faszystów, bo mu zależy na osłabieniu i destabilizacji Europy. To Putin jest faszystą, mimo że wywodzi się z niechlubnych tradycji komunistycznych Sowietów. Dziś nie mają żadnego znaczenia historyczne podziały i antagonizmy. Ugrupowania skrajne grają do jednej bramki.

To agentura kremlowska umożliwiła Kaczyńskiemu wyborczy sukces i dojście do władzy. Pisze o tym w najnowszej książce dziennikarz śledczy, Grzegorz Rzeczkowski, analizując aferę podsłuchową Falenty i jej właściwych beneficjentów. Oto jego wypowiedź:

Czy PiS rządzi dzięki Kremlowi?

Grzegorz Rzeczkowski, autor książki "Obcym alfabetem. Jak ludzie Kremla i PiS zagrali podsłuchami", która dziś ma swoją premierę wydawniczą, odpowiada na pytanie, czy afera podsłuchowa jest czymś więcej, niż tylko jedną z licznych afer.Nagranie: Przemysław WiszniewskiWięcej o książce: https://arbitror.pl/obcym-alfabetem-jak-ludzie-kremla-i-pis-zagrali-podsluchami/

Opublikowany przez Wolność Równość Demokracja Poniedziałek, 17 czerwca 2019

Wtóruje mu Tomasz Piątek, który zdemaskował powiązania z rosyjską mafią i agenturą moskiewską najważniejszych polskich polityków. Jego zdaniem korki od szampanów strzelały na Kremlu i nadal strzelają, nawet po wizycie Dudy u Trumpa, ponieważ obaj zostali namaszczeni przez Putina i mimo pozorów realizują jego plany:

Na Kremlu strzelają korki od szampana

Po wizycie prezydenta Dudy w USA, prasa propisowska triumfalnie obwieściła, że opozycja nie ma racji sugerując, jakoby partia władzy pchała nas w objęcia Kremla. Przecież wszystko teraz takiej tezie przeczy.Tomasz Piątek, autor książek o powiązaniach Macierewicza i Morawieckiego z putinowską agenturą, wyjaśnia, dlaczego mimo pozorów, to jednak opozycja ma rację sugerując, że wraz z nastaniem rządów PiS "na Kremlu strzelają korki szampana". Piątek obnaża słabości propagandy, która nam wmawia kurs prozachodni i proamerykański obecnej władzy w Polsce. Przede wszystkim chodzi o to, że zgodnie z Raportem Muellera sam Donald Trump zwyciężył w wyborach dzięki pomocy Rosji…

Opublikowany przez Wolność Równość Demokracja Niedziela, 16 czerwca 2019

W Polsce mamy zatem faszyzm, którego ojcem chrzestnym jest Władimir Putin, tyle że faszyzm w początkowej fazie funkcjonowania, a więc „aksamitny”. Być może jest jeszcze czas, aby ten proces cofnąć, lecz do tego konieczna byłaby mobilizacja społeczna, a tej dotkliwie brakuje. Ludzie ukochali władzę i są w stanie wszystko jej wybaczyć, i matactwa Kaczyńskiego wokół Srebrnej i wszelkie inne przekręty. Korzystamy z gospodarczej koniunktury, a po nas choćby potop. Polityki polski katolik się boi i woli, aby kandydatów wskazał mu ksiądz z ambony.

Zdjęcie z albumu: „Wolność Wiara Nacjonalizm”

Jedna ojczyzna zjada drugą

Mieszkam opodal Skweru Antoniego Słonimskiego. Antoni Słonimski był polskim poetą, którego nazwisko władze komusze umieściły na indeksie. Cenzura zabraniała publikacji jego dzieł. Był m.in. autorem i sygnatariuszem Listu 34 (1964), oraz sygnatariuszem Memoriału 59 (1975). Pierwszy był protestem twórców przeciwko cenzurze, drugi – protestem dysydentów przeciwko zmianom w Konstytucji PRL, zwłaszcza wpisaniu do niej kierowniczej roli PZPR i wieczystego sojuszu z ZSRR.
czytaj więcej…